- Dowiesz się... ale nie dziś - oznajmił Mike.
- Zejdźcie mi z oczu... - odwróciłam się od nich i kierowałam się w stronę domu.
- Zaczekaj! Odwiozę cię! - krzykną Mike.
- Nie chce. Jesteś zwyczajnym dupkiem.
- Ulice nocą są niebezpieczne! Katniss... proszę - popatrzył na mnie.
- Mówiłam, że nie chcę. Głuchy jesteś? - zaczęłam iść.
- No proszę... Dla mnie...
- Wiesz... teraz tak myślę, byłam mega naiwna, zgadzając się iść z tobą na tę imprezę i że w ogóle z tobą rozmawiałam.
- Teraz nawet nie wiesz, co mówisz.
- Ależ owszem, wiem, a ty nie masz tu nic do gadania - pokazałam mu środkowy palec i zaczęłam iść dalej.To fakt, jeszcze nie znam dobrze dróg Nowego Orleanu, a tym bardziej nocą... Ale wolałam iść na piechotę, niż z Mike lub Lucy.
Idąc odwróciłam się i zobaczyłam w oddali mężczyznę, którego z góry oświetlała lampa. Przestraszyłam się. Nie ruszał się i tylko stał tak sam, patrząc na mnie. Postanowiłam przyśpieszyć tępo. Odwracając się zobaczyłam, że idzie za mną, więc zaczęłam biec. Z przerażenia oglądnęłam się by zobaczyć czy biegnie za mną, na szczęście nie było go. Odwracając głowę do przodu zobaczył, że mężczyzna stoi prze de mną. Na jego widok poczułam minimalny strach, gdyż głównie czułam gniew.
- Witaj.
- Następny nieznajomy spada z nieba. Daj mi święty spokój i nie strasz mnie palancie - ominęłam go i zaczęłam iść dalej.
- Co się stało?
- Co cię to niby obchodzi?
- Nie unoś się panienko. Po prostu jestem ciekaw.
Nagle zobaczyłam auto hamujące z piskiem opon, w którym siedział Mike.
- Katniss do samochodu! - wykrzykną Mike i trzasną mocno drzwiami - Zostaw ją, zrozumiano? Bo będziesz miał do czynienia ze mną - groził mężczyźnie Mike.
- Chciałem się tylko z nią zapoznać, bo wiesz przecież, jak jest nam pisane... A poza tym wiedz, że to ja mam nad tobą przewagę chłopcze i to ja decyduję o bezpieczeństwie w twoim rejonie... Zapamiętaj to sobie - odpowiedział mężczyzna.
Nie wiedziałam skąd oni się mogą znać, ani kto to jest. Ale wiedziałam, że ten facet ma wspaniały głos, który mnie uspokajał.
Po wymianie słów zdenerwowany Mike wsiadł do wozu. Nie odzywał się do mnie przez całą drogę, jedynie to, co do mnie powiedział to to, żebym wsiadła do auta. On nic nie mówił, a ja o nic nie pytałam, bo wiedziałam, że nie uzyskam odpowiedzi. Zastanawiałam się czy jest wkurzony na mnie, czy na tego nieznajomego, wolałam nawet nie pytać. Gdy zgasił silnik pod moim domem, patrząc przed siebie zaczął mówić...
- Wiesz co? Jestem na ciebie zły, bo mnie nie posłuchałaś.
- Cieszę się. Jakbyś nie wiedział, ja na ciebie też jestem wkurzona, ale to tak tylko dla przypomnienia - powiedziałam i wysiadłam z wozu.
- Czekaj! - podbiegł do mnie i złapał za rękę.
- Czego chcesz?! - odwróciłam się, a Mike mnie pocałował.
Odepchnęłam go. Miałam zamiar dać mu z liścia, ale się powstrzymałam. Nic nie mówiąc, weszłam do domu i trzasnęłam mocno drzwiami. Miałam nadzieję, że dzięki temu zrozumie, że nadal jestem zła i że głupi pocałunek tego nie zmieni. Nie chce już go wiedzieć na oczy, okłamywał mnie od początku.
W domu było cicho. Myślałam, że rodzice będą na mnie czekać lub się o mnie martwić, gdzie tyle jestem, a tu jednak cisza. Byłam tym bardzo zdziwiona i lekko zszokowana. Odłożyłam tę sprawę na bok i poszłam się wykąpać. Gdy wróciłam, położyłam się na łóżku i bez żadnych namysłów zasnęłam.
Rano obudził mnie telefon od Lucy. Nie chciałam odbierać, ale zżerała mnie ciekawość. czego ode mnie chce.
- Czego?
- Już przestań... Nie bądź na mnie wściekła, proszę.
- No dobrze - oczywiście, że kłamałam - W jakiej sprawie dzwonisz?
- Chciałabym cię zapoznać z pewną osobą - mówiła nie za bardzo szczęśliwa.
- Z Rebeką? Jakoś nie mam nastroju.
- Nie... z facetem - wyczuwałam, że się uśmiecha, ale nie jest szczęśliwa, że mam go poznać.
- Dlaczego chcesz żebym go poznała? Szczerze mówiąc, wydaje mi się, że ty tego nie chcesz...
- Chce, chce... tylko mam skrytą nadzieje, że to nie wypali - zachichotała i od razu spoważniała, można by w sumie stwierdzić, że się załamała.
- "to nie wypali?" Spotkanie?... Przyznaj, lubisz go trochę, co nie?
- Spotkanie wypali na pewno - zaśmiała się. - Gorzej z przyszłością. A co do tego faceta, to lubię go, nawet za bardzo. Domyśliłaś się tylko Ty. Rebekha to jego siostra, wole więc jej nie mówić, ani o niego nie pytać.
- Hahahaha, rozumiem - złość powoli mi przechodziła. - Moment, moment... z jaką przyszłością ty mi tu wyskakujesz? - skamieniałam. bo nie wiedziałam o co chodzi.
- Spotkamy się? Postaram się ci wytłumaczyć.
- Oczywiście, tylko gdzie i o której? - wstałam z łóżka i mało co, bym się przewróciła przez moje rzeczy, które wczoraj zostawiłam na podłodze przez zmęczenie.
- No szybko, szybko! Za 10 minut będę pod twoim domem - zaśmiała się - Do zobaczenia.
Rozłączyłam się i zaczęłam się szybko zbierać, przewróciłam się parę razy, jedząc śniadanie ubrudziłam bluzkę, idąc do pokoju przewróciłam się na schodach - innymi słowy zapowiada się pechowy dzień.
Zanim się obejrzałam, Lucy stała już pod domem. Z racji, że rodzice jeszcze spali, zostawiłam im karteczkę i wyszłam.
Ku mojemu zaskoczeniu Lucy jak mnie zobaczyła podbiegła do mnie, przytuliła i zaczęła przepraszać. Wtedy moja złość odeszła, może to głupie, ale tak bardzo chciałam ją zeswatać z tym kolesiem, który się jej podoba, a którego miałam zaraz poznać. Gdy zaczęłyśmy spacerować, ja zapytałam...
- Więc dokąd mnie prowadzisz? - zaśmiałam się.
- do Rousseaus'u to taki bar gdzie ma już na nas czekać mój znajomy - uśmiechnęła się od ucha do ucha.
- Ciekawa jestem, jak to będzie - zaśmiałyśmy się obie.
Rozmawiałyśmy tak jeszcze chwile, aż doszłyśmy do baru. Lucy powiedziała, że w pomieszczeniu nie ma tego, który miał na nas czekać. Usiadłyśmy więc przy stoliku i wyjaśniła mi o co chodzi. Opowiedziała mi o 'przepowiedni', która mówi, że mam być w przyszłości z tym mężczyzną, którego właśnie mam poznać. Powiedziała też, że czeka mnie coś wielkiego, ale nie chciała wyjawić, co to takiego. Jej słowa mnie zszokowały i pomyślałam, że to co mówi Lucy jest niedorzeczne i właśnie chciałam jej to powiedzieć, ale do baru wszedł mężczyzna i podszedł do naszego stolika.
- Witam drogie panie - uśmiechną się, a Lucy odwzajemniła uśmiech. Jak tylko się odezwał rozpoznałam jego głos...
- Witamy i my - przywitała go Lucy.
- Nazywam się Klaus Mikaelson - wyciągną dłoń w moją stronę.
- Katniss Corbet - podałam mu rękę, a on ją ucałował, co mnie zaskoczyło i lekko zawstydziło, lecz próbowałam zachować spokój.
- Miło cię w końcu poznać, ale dziwne uczucie, jeżeli widzisz osobę, z którą jest ci pisane być.
- Mi również miło cię poznać, ale ta cała 'przepowiednia' to jakiś absurd...
♣♣♣
Nie wiedziałam skąd oni się mogą znać, ani kto to jest. Ale wiedziałam, że ten facet ma wspaniały głos, który mnie uspokajał.
Po wymianie słów zdenerwowany Mike wsiadł do wozu. Nie odzywał się do mnie przez całą drogę, jedynie to, co do mnie powiedział to to, żebym wsiadła do auta. On nic nie mówił, a ja o nic nie pytałam, bo wiedziałam, że nie uzyskam odpowiedzi. Zastanawiałam się czy jest wkurzony na mnie, czy na tego nieznajomego, wolałam nawet nie pytać. Gdy zgasił silnik pod moim domem, patrząc przed siebie zaczął mówić...
- Wiesz co? Jestem na ciebie zły, bo mnie nie posłuchałaś.
- Cieszę się. Jakbyś nie wiedział, ja na ciebie też jestem wkurzona, ale to tak tylko dla przypomnienia - powiedziałam i wysiadłam z wozu.
- Czekaj! - podbiegł do mnie i złapał za rękę.
- Czego chcesz?! - odwróciłam się, a Mike mnie pocałował.
Odepchnęłam go. Miałam zamiar dać mu z liścia, ale się powstrzymałam. Nic nie mówiąc, weszłam do domu i trzasnęłam mocno drzwiami. Miałam nadzieję, że dzięki temu zrozumie, że nadal jestem zła i że głupi pocałunek tego nie zmieni. Nie chce już go wiedzieć na oczy, okłamywał mnie od początku.
W domu było cicho. Myślałam, że rodzice będą na mnie czekać lub się o mnie martwić, gdzie tyle jestem, a tu jednak cisza. Byłam tym bardzo zdziwiona i lekko zszokowana. Odłożyłam tę sprawę na bok i poszłam się wykąpać. Gdy wróciłam, położyłam się na łóżku i bez żadnych namysłów zasnęłam.
Rano obudził mnie telefon od Lucy. Nie chciałam odbierać, ale zżerała mnie ciekawość. czego ode mnie chce.
- Czego?
- Już przestań... Nie bądź na mnie wściekła, proszę.
- No dobrze - oczywiście, że kłamałam - W jakiej sprawie dzwonisz?
- Chciałabym cię zapoznać z pewną osobą - mówiła nie za bardzo szczęśliwa.
- Z Rebeką? Jakoś nie mam nastroju.
- Nie... z facetem - wyczuwałam, że się uśmiecha, ale nie jest szczęśliwa, że mam go poznać.
- Dlaczego chcesz żebym go poznała? Szczerze mówiąc, wydaje mi się, że ty tego nie chcesz...
- Chce, chce... tylko mam skrytą nadzieje, że to nie wypali - zachichotała i od razu spoważniała, można by w sumie stwierdzić, że się załamała.
- "to nie wypali?" Spotkanie?... Przyznaj, lubisz go trochę, co nie?
- Spotkanie wypali na pewno - zaśmiała się. - Gorzej z przyszłością. A co do tego faceta, to lubię go, nawet za bardzo. Domyśliłaś się tylko Ty. Rebekha to jego siostra, wole więc jej nie mówić, ani o niego nie pytać.
- Hahahaha, rozumiem - złość powoli mi przechodziła. - Moment, moment... z jaką przyszłością ty mi tu wyskakujesz? - skamieniałam. bo nie wiedziałam o co chodzi.
- Spotkamy się? Postaram się ci wytłumaczyć.
- Oczywiście, tylko gdzie i o której? - wstałam z łóżka i mało co, bym się przewróciła przez moje rzeczy, które wczoraj zostawiłam na podłodze przez zmęczenie.
- No szybko, szybko! Za 10 minut będę pod twoim domem - zaśmiała się - Do zobaczenia.
Rozłączyłam się i zaczęłam się szybko zbierać, przewróciłam się parę razy, jedząc śniadanie ubrudziłam bluzkę, idąc do pokoju przewróciłam się na schodach - innymi słowy zapowiada się pechowy dzień.
Zanim się obejrzałam, Lucy stała już pod domem. Z racji, że rodzice jeszcze spali, zostawiłam im karteczkę i wyszłam.
Ku mojemu zaskoczeniu Lucy jak mnie zobaczyła podbiegła do mnie, przytuliła i zaczęła przepraszać. Wtedy moja złość odeszła, może to głupie, ale tak bardzo chciałam ją zeswatać z tym kolesiem, który się jej podoba, a którego miałam zaraz poznać. Gdy zaczęłyśmy spacerować, ja zapytałam...
- Więc dokąd mnie prowadzisz? - zaśmiałam się.
- do Rousseaus'u to taki bar gdzie ma już na nas czekać mój znajomy - uśmiechnęła się od ucha do ucha.
- Ciekawa jestem, jak to będzie - zaśmiałyśmy się obie.
Rozmawiałyśmy tak jeszcze chwile, aż doszłyśmy do baru. Lucy powiedziała, że w pomieszczeniu nie ma tego, który miał na nas czekać. Usiadłyśmy więc przy stoliku i wyjaśniła mi o co chodzi. Opowiedziała mi o 'przepowiedni', która mówi, że mam być w przyszłości z tym mężczyzną, którego właśnie mam poznać. Powiedziała też, że czeka mnie coś wielkiego, ale nie chciała wyjawić, co to takiego. Jej słowa mnie zszokowały i pomyślałam, że to co mówi Lucy jest niedorzeczne i właśnie chciałam jej to powiedzieć, ale do baru wszedł mężczyzna i podszedł do naszego stolika.
- Witam drogie panie - uśmiechną się, a Lucy odwzajemniła uśmiech. Jak tylko się odezwał rozpoznałam jego głos...
- Witamy i my - przywitała go Lucy.
- Nazywam się Klaus Mikaelson - wyciągną dłoń w moją stronę.
- Katniss Corbet - podałam mu rękę, a on ją ucałował, co mnie zaskoczyło i lekko zawstydziło, lecz próbowałam zachować spokój.
- Miło cię w końcu poznać, ale dziwne uczucie, jeżeli widzisz osobę, z którą jest ci pisane być.
- Mi również miło cię poznać, ale ta cała 'przepowiednia' to jakiś absurd...
♣♣♣
10 kom. = nowy rozdział :)